2 listopada 2015

Myśl 65

Przez moment, znowu oddzielona od swojego ciała, lawirowałam gdzieś między istnieniem a zagładą.
Nawet przez chwilę nie zastanawiałam się nad tym czy patrzeć w dół.
Ślepe oczy błądziły po obcych twarzach, choć istnienia ich nie byłam w stanie potwierdzić.
I z tego tłumu wyłonił się ktoś realny.
Postać tak jasna, że wzrok mimowolnie tracił ostrość.
Postać tak głośna, że dłonie mimowolnie zasłaniały uszy.
Postać tak miękka, że policzki pragnęły wtulić się w tą miękkość.
Palce chciały czuć miękkość skóry, uszy słyszeć głos, a język smakować rozkosz.
Nagle uświadomiłam sobie, że odzyskałam ciało wraz z jego wszystkimi słabościami. Zabolały przetarcia na kolanach, oczy zapiekły, chwilę przed wypuszczeniem łez. Paznokcie trzasnęły tuż po wbiciu się w obcą skórę.
A uszy?
Uszy słuchały bicia serca, które miarowo wybijało kroki uciekającej postaci... Nie była bóstwem. Jedynie małym chochlikiem, który wkradł się boleśnie w mój koszmarny sen.
Chcę się już obudzić..