12 lipca 2015

Myśl 62

Powróciłam na stare, obrzydliwe włości, które wywołują u mnie chęć wyrzygania wszystkich swoich wnętrzności.
Znienawidziłam to miejsce, bo zbyt długo trzyma mnie w swoich szponach, raniąc mi skórę i niszcząc emocje.
Zagubiłam się i odnalazłam daleko skąd. Nie czeka mnie tu nic. Tam również. Ale tamtego miejsca jeszcze nie poznałam. Jeszcze nie darzę go nienawiścią.
Nie mam domu. Zniknął gdzieś i choć nadal nazywam To miejsce domem, to dawno czuję się jak w więzieniu.
Dni dzielą mnie od ucieczki i tylko tą myślą żyję. Ucieczka od tego co tak boli.
Stałam się tchórzem, który nieustannie chowa się przez biczem swojego oprawcy.
Zamiast obrócić się na pięcie i odejść, wolę kulić się w kącie i czekać na kolejne baty.
Nie czuć się samej. Poczuć swoje bijące serce i zostawić za sobą to wszystko co boli i rozrywa.
Wystarczy blizn, wystarczy siąpiącej ropy, która ciągle śmierdzi mi umarlakiem.
Zacząć żyć! Sięgać ku nowemu. Nie słuchać innych, słuchać siebie.

5 lipca 2015

Myśl 61

Świat przestał istnieć. Czerstwy chleb, złoty napój i piasek między zębami. A wszystko przyprawione żarem z nieba i spójnymi dźwiękami z maleńkiej sceny oddalonej od mojego ciała o jakieś 100 metrów. Zaraz zajdzie słońce. W tym miejscu zachód to śmierć zagubiona wśród sezonowych drzew. Sekundy trwa przemijanie dnia. Zaczyna królować noc. I w tym miejscu chcę leżeć, aż nastanie ciemność, a twarz moja stanie się znów szara i nierozpoznawalna. Zaczynając podróż kończę stary porządek. Jeszcze chwila i rozpłynę się w żalu. W żalu, bo nie potrafię wyrazić samej siebie. Bo nie potrafię się sobą cieszyć, choć otacza mnie szczęście chwili.