5 maja 2015

Myśl 60

Cicha melodia delikatnie muska moje zmysły. Patrzę beznamiętnie w monitor, choć w głębi gotuje się we mnie lawa nienawiści. Wiedziałam, że w końcu trzaśnie lodowa powłoka jaką owinęłam się skrzętnie dawno temu. Nie umiem pogodzić się z własnymi decyzjami. I choć przyniosę kolejną szklankę wódki z lodem. Choć wypiję ją duszkiem w nadziei, że przyniesie ukojenie. Nie zrobi tego. Z bólem głowy położę się spać. A przed snem jeszcze raz policzę dokładnie ile dni mi zostało. Wczoraj było ich 94. 94 dni udręki z samą sobą, bez możliwości ucieczki.. 94 dni egzystencji w oczekiwaniu, stagnacji, tęsknoty za nieodkrytym. Zerwę więzi jakie mnie trzymają i ucieknę, może jako tchórz, a może jako wojownik szukający szczęścia. Choć przyznaje... uciekam, bo zbiera mi się na wymioty, kiedy słyszę skrzek wrony, a jej spojrzenie przeszywa mnie nieuchronnie i dogłębnie. Dziobem przebija moją lodową powłokę, a kiedy jej się to uda, ucieknie z nieukrywaną radością, do swojego bezpiecznego szczęśliwego gniazda zostawiając moją duszę rozdrapaną i z kawałkach.
Do bani..

3 maja 2015

Myśl 59

Męcząca noc. Otaczał mnie słodki zapach, zachłysnęłam się nim dogłębnie. Obudziły mnie dreszcze. Nie chciałam wypuszczać wspaniałej woni z siebie. Potem przyszło odrętwienie. Zimny podmuch pacnął mnie prosto w twarz i z nieukrywanym trudem i zadowoleniem wyssał ze mnie resztki mojej spuścizny. Opuściłam twarz, a włosy zsunęły się zakrywając rumieniec wstydu.
Tak bardzo się pomyliłam. Tak głęboko wierzyłam, że woń, której pragnę da mi ukojenie. W rzeczywistości rozerwała mnie na strzępy. Pogubiłam oczy, dłonie i serce. Na szczęście mózg odnalazłam i skrzętnie wsunęłam go z powrotem w okowy, zakrywając szczelnie grubymi włosami.
Przemijanie trwa, a wraz z nim upływa ze mnie cała dominująca we mnie kakofonia kłamstw. Ukrywała się w głębi mojego serca.
Chwilę temu wydawało mi się, że mogę rozumieć, mogę być i współistnieć, ale tak na prawdę nadajemy na innych falach, na innych głębokościach doznań. Po jednej stronie stoję ja, po drugiej zastępy współistnienia. Choćbym nie wiem jaki krok zrobiła, skoczyła, przeleciała, to strona moja nie ma końca. Nawet gdy znajduję nić porozumienia, gdy łapię kawałek srebrnej nitki i idę wzdłuż niej, szukając drugiego końca. Nie ma drugiego końca, a pęcherze na moich stopach przeradzają się w pulsującą katorgę umierania. Nie idę, nie mam już siły. Zostaje po swojej stronie, tworząc wizję świata idealnego.

Mimochodem, przypadkiem, nieumyślnie.. zatopiłam się w spazmie nienawiści. Zazdrość zaślepiła duszę, a wraz z tym uwolnił się demon. Była noc, przez przednią szybę samochodu zaglądał przyjaciel. Jaśnie wielce nam panujący księżyc, który wzmaga pragnienie. Pragnienie nigdy nie spełnione do końca.